Udabno

Po przedarciu się przez tłumy wiwatujących wielbicieli ruszyliśmy przed siebie z mocnym postanowieniem częstego zbaczania z drogi.

Ta wyprawa inna, niż poprzednie – wzięliśmy trzeciego członka załogi, małego Mieszka – zdobywcę, ze względu na jego obecność musimy wszystko inaczej niż zazwyczaj…

Jako, że to nasz debiut z maluszkiem, wszystko co będzie na trasie okraszone zostanie jego obecnością, bardzośmy ciekawi, jak to się uda.

W samolotach (obu, gdyż z Gdańska ruszając, przesiadkę mieliśmy w Warszawie) maluszek był spokojny, dziwił się jedynie wszystkiemu i patrzył temi swojemi oczami ciekawsko w lewo i prawo. Krzyczał tylko wtedy, co zawsze, mianowicie, gdy głód go znienacka napadł.

Tbilisi przywitało nas gorącem, dziewczyną trzymającą nabazgrane ‚NAVVARIATA’ na karteczce i autem marki Mazda.

Mazda buczy na prawe kółko, ale da się z tym żyć.

Pojechaliśmy zobaczyć to, czegośmy jeszcze nie widzieli, a że Kot Oblizuch poszedł był spać i zabrał w swoją podróż również Mieszka, to decydowałem sam i ruszyliśmy w kierunku David Gareji. Piękny ten monastyr kiedyś profanowali Rosjanie, ale od jakiegoś czasu zwrócono go mnichom. Internet roi się od informacji o nim, więc nie będziemy zanudzać.

Po drodze, w pięknej wioseczce Udabno, ocknął się Kot w złym humorze, pazurami zaatakował, wyrzucił z samochodu na drogę nasz dobytek, po czym spakowaliśmy się inaczej i pojechaliśmy dalej. Gorąco jak w przedsionku piekieł, do tego gorący wiatr dla ochłody.

Po dojechaniu na miejsce okazało się, że trzeba by się wspiąć jeszcze kilkaset metrów, ale w tym stanie, jakim byliśmy, po podróży, niewyspani, z maluszkiem na rękach, w takiej temperaturze, pokłoniliśmy się monastyrowi z dołu i wróciliśmy do Udabno.

O Udabno czytaliśmy niegdyś, że posiada polski klub z prawdziwego zdarzenia. Oasis Club, prowadzony przez Polaków. Widzieliśmy go po drodze, a teraz zdawał się być doskonałym miejscem na zorientowanie się w przestrzeni i czasie. Bardzo przyjemne miejsce: spędziliśmy tu kilka godzin jedząc, śpiąc i uzupełniając wodę w organizmie, a także poznając coraz to i nowych ludzi. Międzynarodowa społeczność.

Pragniemy także podkreślić stanowczo, że gorąc tu nie do wytrzymania. Słońce pali w cieniu. Wypacamy więcej niż przyjmujemy płynów.

Jedna para z Poznania poleciła nam odwiedzenie Sighnaghi ze względu na urocze położenie i przepiękne widoki. Jako, że nie kłóciło się to geograficznie z moim postanowieniem obejrzenia Tahti – Tepa, błotnego gejzeru, na koniec dnia pojechaliśmy właśnie do Sighnaghi. Nocleg znaleźliśmy bez żadnego problemu w pierwszej miejscówce. A Mieszko zaczął robić furorę wśród Gruzinek.