Południowokoreańskie narzędzie tortur

Przyjechali nad ranem, czyli jakoś przed piątą, stanęli nad namiotami i darli się gardłowo, żeby nas obudzić. Ok, umawialiśmy się na 8-mą, ale może to z moim wewnętrznym zegarem coś nie tak było… Półprzytomny wyczołgałem się z namiotu tylko po to, żeby zobaczyć dwóch Kazachów, jak stoją i spluwają naokoło siebie. Kumar i Radgar.
Przyjechali zupełnie nieprzygotowani, bez klamer, pasów, desek, czegokolwiek. Dobrze, że my przygotowaliśmy się na totalny kataklizm.
Najpierw poholowali nas ze 2 kilometry, aż do odpowiedniej górki, potem postawili ciężarówkę przy górce, tyłem i zaczęli patrzeć, co zrobimy.
Skorzystaliśmy z wyciągarki, przepaliliśmy po kolei dwa 70-cio amperowe bezpieczniki, w końcu spięliśmy z akumulatorem na krótko, po czym wciągnęliśmy Pchełkę na pakę.
A potem ciągła jazda z duszą na ramieniu, kierowca – Kumar – nie spał w nocy, zionęło od niego wódą, ciągle zasypiał i trzeba było go pilnować. Zasypiał na każdej prostej, a kierownicy nie chciał oddać. Pchełkę zabezpieczaliśmy dwa razy, a i tak za każdym razem zrywała się z pasów. Trasa wiodła górami, asfalt dopiero będzie kładziony, dzikie wertepy i osuwiska, brody, strome podjazdy i jeszcze gorsze zjazdy, Kumar przysypiał, my krzyczeliśmy a Pchełka, jak pies zaglądała do nas do kabiny swoimi wielkimi ślepiami.


Wieczorem Kumar dał poprowadzić Pawłowi i o północy, mimo protestów Kumara i jego brata Radgara, zarządziłem postój, by choć na chwilę dać wypocząć ciału. Przydał się dodatkowy namiot pożyczony od Natana – rozkładanie mojego zajęłoby zbyt dużo czasu w stosunku do tego, ile czasu miałem wypoczywać.
W nocy przeniosłem namiot na zawietrzną, bo nie byłem w stanie nad nim zapanować, tak wiało.
Następne dni to dalsza dzika jazda. Nie zna życia, kto nie siedział 3 dni ma taborecie w Huyndaiu. Bo to nie ciężarówka jest lecz jakieś południowokoreańskie narzędzie tortur. Nie sposób usiąść wygodnie. Zawsze albo coś uwiera (niepotrzebnie długie nogi), albo boli (ta szlachetna część ciała, której zadaniem jest amortyzacja wstrząsów), albo się dziwnie wygina, albo obija się o jakąś gałkę, klamkę, pręt, drut, szybę, ułamany uchwyt… no, krótko pisząc, nie sposób było znaleźć wygodnej pozycji. Żeby to jeszcze była jazda po asfalcie, ale równa droga była luksusem, któregośmy rzadko doświadczali. Lataliśmy po całej kabinie jak numery w maszynie losującej lotto. Mięśnie kurczyły się w niekontrolowany sposób. Pył, piasek, brud, smród dymu papierosowego, zapach skwaśniałego mleka, oleju silnikowego, smarów, zwierzęcej sierści i łajna i 4 niemytych gości w środku małej kabiny zamkniętych na 18 godzin ciągłej jazdy. Raz na jakiś czas, gdy Pchełka przysuwała się z wielkim łoskotem do kabiny, zatrzymywaliśmy się, by improwizować nowe zabezpieczenia. Jedliśmy jakąś moczoną mongolską padlinę po jurtach, spożywaliśmy tzw. manty – pierogi z trupem w zamyśle podobne do gruzińskich chinkali, jednak w wykonaniu na drugim końcu skali i piliśmy słone herbaty z mlekiem wielbłąda, jaka, kobyły – różnią się aromatem, zatłuszczeniem, stopniem kwaśności, gęstością i zawartością niespodziewanych dodatków zewnętrznych.
Gdzieś tam, w środku niczego, po którymś większym wstrząsie, przyszło mi do głowy, że w zasadzie to jednak dobrze, że wydech skierowany jest na zewnątrz, bo to jedyna rzecz, której do kompletu brakowało: zapachu spalin.
Po trzech dniach szaleńczej jazdy osiągnęliśmy Ułan Bator i stan ducha pozwalający na rozpłatanie dowolnej osoby za pomocą otwieracza do konserw. Bez skrupułów, bez zmrużenia powieki, bez wahania. Jeśliby tylko zaproponowała nam przejażdżkę Huyndaiem.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz