Atrakcje

Po wyjeździe z Nowosybirska opuściliśmy Siberian Highway i wjechaliśmy na Irtysh Highway. Irtysh jest dopływem Obu, jednej z największych rzek Azji i świata w ogóle. Zaś Ob, którego mętne wody widzieliśmy z mostu, stanowi naturalną granicę między Niziną Zachodniosyberyjską a pofalowaną, wyżynną Syberią wschodnią.
Wszystko szło pięknie, aż do czasu, gdy Pchełka puściła dym spod lewego tylnego koła. Szybkie sprawdzenie usterki i najprostszy z możliwych wariantów został, niestety, odrzucony: to nie hamulec się zapiekł, to coś znacznie poważniejszego: wywaliło się łożysko półosi i uszczelniacz, z mostu wyciekł olej, samochód siłą grawitacji oparł się na tarczy hamulcowej i w zasadzie koniec trasy. Atrakcja drogowa. Tego dnia doczołgaliśmy się do najbliższej gostinicy i zakotwiczyliśmy na sztywno.
Cały następny dzień czekaliśmy na przyjazd lawety. Jedynymi dostępnymi rozrywkami były:
– obserwacja płaczącej autostopowiczki (atrakcja krótkotrwała)
– obserwacja jaskółek karmiących młode (atrakcja ornitologiczna)
– obserwacja przejeżdżających ciężarówek (atrakcja wątpliwa)
– piwo i wieprzowina na ziemniakach (atrakcja gastronomiczna)
– czytanie książek (atrakcja okulistyczna, bo oczy mi się psują na starość).
Facet, któregośmy zamówili z wizytówki dał ciała, tzn. nie przyjechał do 13.00, mimo że się umówiliśmy na 10.00. Wobec takiego stanu rzeczy zamówiłem innego, prosto z Omska. Ten przyjechał od razu, tj. po trzech i pół godziny – atrakcja długodystansowa.
Laweta znacznie wygodniejsza od Hyundaia. Rosyjska produkcja – GAZ, miejsca więcej, siedzenia lepsze, zawieszenie również, zdaje się iż standardy rosyjskie przewidują większych gabarytowo pasażerów, niż koreańskie.
Wieczorem dojechaliśmy do Omska… Śmieszne miasto. Bardzo, bardzo prowincjonalne, ale wydaje się, że pogodzone z tym w całej rozciągłości. Jest takim konglomeratem różnych miast na świecie. Gdzieniegdzie przypomina Suwałki, Ełk, rzadziej Kartuzy, a czasem, w niektórych momentach, szok, nawet Sankt Petersburg!
Zatrzymaliśmy się w hostelu Millennium, którego właścicielka, Inna, zapragnęła zrobić z nami wywiad – atrakcja medialna. Całe szczęście, że wywiad zaplanowany nazajutrz rano: jest szansa, że może nie będę bełkotał, jak wypiję normalną ilość kawy.
Wieczorem skok na miasto: bar Leningrad w zaułku przy ulicy Lenina. Nic specjalnego. Atrakcja żadna.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz