Nuda

Podróż z Trójmiasta do Warszawy nie dostarczyła nam absolutnie żadnych wrażeń, czy emocji. Wsiedliśmy w Polskiego Busa, wysiedliśmy na Młocinach, po drodze chłonąc literaturę, ile wlezie. W warszawskim metrze uwolniliśmy pierwszą książkę, może ktoś się skusi i przeczyta? Norwegianem dolecieliśmy do Malagi, gdzie, również bez jakichś wielkich przygód, przenocowaliśmy w hotelu IBIS, zaś rano ruszyliśmy dalej. W sumie tak ruszyliśmy, że obeszliśmy najpierw dzielnicę wokół, by znaleźć taksówkę czekającą grzecznie pod drzwiami naszego hotelu… Lot do Madrytu był dokładnie taki sam, jak ten poprzedni, po czym przesiedliśmy się do innej maszyny, takiego prawdziwego samolotu, któren we wnętrznościach swych kryje dwa korytarze wzdłuż kadłuba. A340. Na moim Kocie towarzyszącym żadnego to wrażenia nie zrobiło, ale już na mnie – i owszem. Zwłaszcza, że w zagłówkach siedzeń pyszniły się ostentacyjnie dotykowe ekraniki, gdzie każdy mógł sobie wybrać rodzaj odmóżdżania, jaki mu pasuje – dzięki temu miałem ciągły podgląd w podstawowe dane dotyczące prędkości lotu, odległości przebytej i do przebycia oraz temperaturze na zewnątrz. A wszystko to w zależności od języka, podane było w milach i fahrenheitach, albo kilometrach z celsjuszem… Lecimy.
Lecimy godzinę, dają kawę. Czytamy. Lecimy trzy godziny, dają obiad. Kot śpi. Ja czytam. Lecimy 5 godzin, dają kawę. Kot się budzi. Lecimy 8 godzin, dają podwieczorek. Normalnie jak tuczniki w chlewiku: mało ruchu, dużo jedzenia. Czytamy. Czujemy, że zgaga będzie palić od sztucznych słodkości. Lecimy… Czytamy… Lecimy… W tak zwanym międzyczasie wypełniliśmy ankietę dla rządu kolumbijskiego na rzecz tego, kim jesteśmy? co mamy? ile tego, co mamy, mamy(?) i dlaczego?
Po 10 godzinach lotu nad Wielką Kałużą, samolot uderzył kołami o lotnisko w Bogocie…
Ciężko zdjęciem jakimś okrasić ten czas cały, tak intensywnie spożyty, wypity i oczytany…