nawariata

W kilku miejscach już byliśmy, a jak Bóg da, kilka jeszcze zobaczymy. Tu zbiorczy przegląd naszych wojaży z (gdzieniegdzie) odnośnikami do spisów treści lub początkowego posta, gdyż nic mnie tak bardzo nie irytuje, jak konieczność przebijania się przez stosy wpisów na blogu, by rozpocząć czytanie od początku.

Zbierałem się i zbierałem i w końcu wyszło: w 2018 roku udałem się Pchełką przez bezdroża zapraszam do poczytania.

Rok 2016 był niezwykle intensywny, jeśli chodzi o podróże, wpadliśmy z naszym najmłodszym słodziakiem do Gruzji, potem wyskoczyliśmy na moment na Kretę, o czym nie poczytacie, a w listopadzie pojechałem na tydzień do krainy ognia i lodu.

Pewnego wczesnojesiennego dnia Anno Domini 2015 ruszyliśmy ze znajomymi do Rosji, rzucić okiem na Morze Barentsa, na Morze Białe, na Karelię i Laponię, na jeziora Ładoga i Onega, a także na Sankt Petersburg. O tej podróży możecie poczytać tu: таблица содержания.

Dotknięci gorącym latem 2015 roku prosto w pozbawione zahamowań czaszki, ruszyliśmy na południe w poszukiwaniu chłodu – tak zrobiliśmy Balkan Express, wyprawę, podczas której stanąłem przed serbskim sądem, zostałem uznany za niewinnego zarzucanych mi czynów, po czym zobowiązany do opłacenia za nie kary. Wiadomo, jak to niewinny. Okazuje się, że serbska Temida tak samo chora, jak polska. Była to fajna wyprawa, podczas której jechaliśmy, nieświadomi niczego, tuż przed pierwszą falą nowożytnych Hunów – ciekawe, że oni przed sądami nie stają za identyczne przewinienia…

Po wzięciu udziału w konkursie fotograficznym zdobyłem obiektyw do przetestowania – uznaliśmy, że oprócz Gdyni, mała Malta nadaje się najlepiej na testy, więc właśnie tam się wybraliśmy. Dziwne miejsce w sumie, jak dobrze się zastanowić.

W 2014 roku na prezent urodzinowy zażyczyliśmy gruzińskie wino, a potem rzuciliśmy wszystko, by pogłaskać lamy, wikunie i alpaki i skoczyliśmy przez Wielką Kałużę do Peru.

Na majówkę 2013 wybraliśmy się przejść po polskich górach, a zaraz potem nastąpiła Czarnogóra. Fajnie było.

W roku 2012 postanowiliśmy się przejechać wokół Morza Czarnego. A potem, przez zupełny przypadek potknęliśmy się na brzegu Bałtyku i wylądowaliśmy w Karlskronie.