Kap, kap, kap…

Czy może być inaczej niż zawsze w sytuacji, gdy za każdym razem jest inaczej..? Takie filozoficzne pytanie ogarnia mnie, gdy patrzę na białą kartkę przed sobą i ślinię roboczo ołówek.

Jest inaczej. Moja droga/druga połóweczka została pilnując chudoby, podczas gdy ja, w towarzystwie osób, które przedstawię niebawem, ruszyłem śladami Napoleona na wschód.

I od razu napiszę, że ubolewam nad brakiem kociego towarzystwa, jest ona bowiem lekarstwem na wszystkie moje dolegliwości, a czasem i kotwicą dla co dziwniejszych moich pomysłów.

Na razie wsiedliśmy do terenowego wozidełka Maćka, przy czym natychmiast wyszło, że zapomniałem wziąć karty do bankomatu, więc Anulka miała dodatkowy przebieg, by tę kartę mi dowieźć, zanim wyjedziemy z Trójmiasta.

Szczęśliwie, zapakowaliśmy się wszyscy, karta dojechała, a my ruszyliśmy kojeni spokojnym brzmieniem dwu i półlitrowego diesla.

Tak naprawdę, droga się jeszcze nie zaczęła. Po prostu przejechaliśmy do Gołdapii w rytmie nakręcanym przez pokładową didżejkę, Adę. Cały kraj żegnał nas łzami deszczu, front atmosferyczny nie odpuszczał i obmywał karoserię, aż dojechaliśmy do Gołdapii.

Tu, w naiwności swojej, wysiadłem z autka prosto na parking, nad którym spokojnie można łowić karasie. Woda – po kostki, buty – z dziurami, wiadomo, więc radość dość niespodziewana.

Przebrodziliśmy do recepcji, gdzie nieugięta recepcjonistka nie udzieliła żadnego rabatu i zaokrętowaliśmy się do pokoi. Reszta towarzystwa pojechała zanabyć trochę prowiantu, a ja sobie ślinię ołówek i piszę te słowa…