Przesyt. Co prawda nie tym konkretnym słowem, ale tak kolega opisał sytuację w swoim związku. Opowiedział o próbach wspólnego układania czasu na spotkania z partnerką. Przekładał swoje zajęcia tak, by trafiać w jej grafik i komasować wspólny czas wolny. Próbował po prostu układać dzień tak, by jak najwięcej czasu spędzać ze swoją partnerką. No, popatrzcie Państwo, co za wspaniały pomysł. Też tak robiłem. Kolega, na całe szczęście, zatrzymał się w tym dążeniu. Ale jego opowieść…
Ta opowieść pieprznęła mnie w potylicę z okrzykiem: „Ty kretynie!” – ha, ha. Nic dodać, nic ująć. Okrzyk skierowany był do mnie. Ze względu na moją dość rozwiniętą ostatnio autointrospekcję zapamiętałem deficyt jako absolutną konieczność rozważenia – uwaga – reglamentowania swojej obecności w związku. Do tej pory robiło to za mnie moje intensywne życie, ale walczyłem z tym, na ile umiałem, próbując iść ścieżką jak wcześniej kolega.
Zastanówmy się wobec tego, jak to może działać. I cóż wychodzi? Zaczynamy od prostej drogi do przesytu.
I tak, jeśli żresz za dużo, np. sałatki jarzynowej z kurczakiem w galaretce, to po jakimś czasie przestaje Ci to smakować. Po prostu, jedynym wyjściem wówczas jest zmiana diety.
Jeśli ubierasz się wciąż w ciuchy o tym samym kolorze i biegasz pięknie wyglądając w granacie, to po jakimś czasie wymiotujesz granatem ubierając czerwień lub żółć.
Gdy zapętlisz jedną piosenkę (oj, mój ulubiony sposób słuchania fajnej melodii) to po dwóch, trzech dobach transu zaczynasz pragnąć Marsza Dąbrowskiego jako alternatywy.
Podczas trwającej bez przerwy sesji miziania czegoś gładkiego, choćby skóry, narasta chęć potarcia niegolonego podbródka, już tylko po to, by poczuć, że jest coś innego na świecie.
Czyż w relacji nie jest podobnie? Owszem, ale z istotną różnicą: relacja to nie tylko smak, wzrok, słuch czy dotyk. To wiele wektorów przyjemności naraz. Dlatego czas potrzebny na uświadomienie sobie przesytu jest nieproporcjonalnie dłuższy niż w przypadku jednego bodźca.
A czasem – zwłaszcza gdy w grę wchodzi lęk przed porzuceniem lub niska samoocena – bliskość może przybrać formę kompulsywnego dążenia do kontaktu. Nie jest to jeszcze uzależnienie w sensie klinicznym, ale mechanizmy bywają podobne do tych, które znamy z uzależnień substancjalnych dokładnie takich, jak picie wina czy wąchanie kleju, lub behawioralnych typu biedroholizm czy brainrotowy scrolling. W psychologii mówi się o uzależnieniu od związku (love addiction) lub – szerzej – o kompulsywnej regulacji afektu przez drugą osobę.
Zacznijmy od możliwego scenariusza.
Krok pierwszy, inicjacja:
kontakt, bliskość, nagroda dopaminowa – radość, euforia.
Krok drugi:
kolejny kontakt, kolejna dawka przyjemności. Z czasem układ nagrody przyzwyczaja się, a naturalna reakcja na inne źródła radości słabnie. Coraz więcej emocji zaczyna krążyć wokół relacji – nie tyle daje ona radość, co przynosi ulgę w napięciu czy smutku.
Całkiem możliwy efekt:
lecimy w zmiany neurobiologiczne: osłabienie funkcji kontroli impulsów, zwiększoną wrażliwość na bodziec uzależniający (czyli partnerkę), mechanizmy nałogowego regulowania emocji ergo mamy potrzebę kontaktu mimo negatywnych konsekwencji (zaniedbywanie siebie, przyjaciół, pasji). Pojawia się niepokój czy napięcie, gdy partnera nie ma.
Bardzo dobrze, jeśli zaczyna pojawiać się świadomość całej tej karuzeli, ale najczęściej wbijamy w aktywację mechanizmów obronnych, racjonalizację (o to chyba najłatwiej), zaprzeczanie, minimalizowanie problemu. Napięcie rośnie, a konfrontacja z problemem nie następuje.
I tu pojawia się to, co mnie osobiście uderzyło jako kluczowe: deficyt jako strategia, a nie jako brak.
Przejście z kompulsywnego, bezrefleksyjnego dążenia do kontaktu na rzecz świadomego ograniczania swojej dostępności – w niektórych przypadkach – może zmniejszyć ryzyko wpadnięcia w mechanizmy uzależnieniowe. Dlaczego? Bo przywraca regulację: uczymy się znowu czerpać radość z nieobecności, z własnych aktywności, z tęsknoty, która – w małej dawce – potrafi podsycać pożądanie i więź.
Zastrzeżenie: nie każdemu to służy. Osoby z lękowym stylem przywiązania mogą na sztuczny deficyt zareagować paniką, a nie wyciszeniem. Deficyt nie jest uniwersalnym lekiem – jest narzędziem, które wymaga samoświadomości i ostrożności.
Jeśli jednak wpadniesz już w tryb uzależnieniowej bliskości (przesyt, kompulsja, utrata siebie), to ograniczenie dostępności bywa jedynym wyjściem. Ale wcześniej – w ramach bonusu – dorzucam listę emocji, które wtedy dostajesz gratis.
Wiaderko ciekawych uczuć: smutek, żal, poczucie porzucenia, wszystkie one – jak wściekły pies – podgryzają poczucie bezpieczeństwa w związku.
Dalej: zazdrość. Ot, choćby gdy przez niedopasowanie terminów zostajesz pozbawiony obecności partnerki, a ktoś inny tę obecność dostaje, w obronie swojej używki zaczynasz stawiać się w pozycji właściciela, co zmienia natychmiast kontekst relacji z partnerskiej na, nazwijmy to, relację feudalną. Nie muszę dodawać wybuchów absurdalnych pretensji, podejrzeń itp.
A potem – lęk. Absolutna podstawa większości problemów. Lęk przed utratą, przed porzuceniem, przed końcem relacji, przed samotnością.
I pyk. Jeśli dysponujesz jako-taką samoświadomością, na samym dnie czyha jeszcze jeden lęk: lęk przed wstydem. Nie wstydem przed innymi – wstydem przed samym sobą. To jedna z najgorszych rzeczy, które kiedykolwiek u siebie odkryłem.
Czy można tego uniknąć? Czasem tak. Poprzez rozumne stosowanie ograniczeń, które swoją drogą stanowiły (no, ok: stanowiły za moich czasów, teraz nie wiem) zdrową podstawę związków licealistów czy studentów. Deficyt to ważna sprawa – byle nie za duży.
I byle stosowany wobec właściwego problemu, nie jako uniwersalny klucz do wszystkich zamków w relacji.
A łasuchom info co do sałatki: najlepszą sałatkę jarzynową robi moja Żona <3

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz