dyskretny urok elegancji

Od północy pada deszcz, pada, siąpi, leje, szumi, Olchon płacze na nasz odjazd…
Rano wszystko mokre… a woda wciąż zwartym strumieniem z nieba płynie.
Zwinąłem namiot na łapu – capu i wrzuciłem na pakę, wyschnę go później.
Wyjazd z wyspy dziś to ogromna błotna ślizgawka, napęd na cztery łapki i zabawa jak za dzieciaka. Coś w silniku piszczy i zgrzyta od paru dni.
W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że do końca życia będę żałował, że bez zdjęcia minąłem piękny widoczek: po niejakim usiłku wymysłowym (dziś start bez kawy ze względu na deszcz, wybaczcie) na wstecznym dobry kilometr, bo ten z naprzeciwka się guzdrał, ale zdjęcie warte powrotu.


Promem na brzeg, szybka czarna kawa instant z cukrem, ten ichni placek z mięsem jako przegryzka i pojechaliśmy.
Wierszyna się nie odezwała, więc szybka decyzja – jedziemy na Irkuck.
W Irkucku odwiedziliśmy polskie biskupstwo, księdza biskupa akurat nie było, obowiązki gospodarza przejęła siostra przełożona. Na dziedzińcu przed kościołem wysuszyliśmy namioty. Zostawiliśmy, co mieliśmy zostawić, zainteresowani będą wiedzieć. Niestety, z przyczyn nie do końca zależnych od nas, po pakunkach widać było, że ciężkie ze mną życie i ciężkie za mną życie. Gościnność w tym domu jest normą, obyczajem. To po prostu widać, nic na pokaz. Siostra pozwoliła nam skorzystać z prysznica (po 5 dniach ablucji w jeziorach to był dar niebios), po czym dostaliśmy wyśmienitą zupę grzybową, sałatkę krabową i kawę z ciastem. Dostaliśmy również podarki dla rodzin, za wszystko bardzo dziękujemy.
Później, wieczorem, gdzieś w lesie, żeby ochronić się przed komarami oraz, by zjeść ciepłą kolację, rozpaliliśmy ognisko, dzięki czemu mój garnitur (podarte jeansy i bluza od dresu) nabrały nie tak znowu delikatnego aromatu dymu sosnowo-brzozowego. Kiełbasa krakowskaja, którą kupiliśmy w Bajkalsku spędziła parę dni na pace, dzięki czemu zamiast lepić się do dłoni aktywnie dłoń łapała. Mam nadzieję, że odrobina Courvoisiera pomoże strawić tę kolację. Tak, tak, kolacja z klasą. Brakowało jedynie szklanych naczyń do koniaku.
A dla komarów sami jesteśmy kolacją, jedno obronne uderzenie potrafi zaowocować czterema trupami.
Wszystko fajnie, tylko jednak martwi ten dziwny dźwięk z silnika.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz