I stał się koniec

Na początku wypierałem tę bolesną świadomość końca ważnego etapu w moim życiu. Wstałem, ogarnąłem jajecznicę (no, jakże by inaczej), ruszyłem w drogę. Wtedy właśnie dotarło do mnie w całej rozciągłości, że to koniec. Że to już ostatni raz… Naszedł mnie taki nastrój końca świata

Po jakimś czasie, za Cieślarówką, poddałem się i przywdziałem raczki. Wbiłem na szybką kawę do schroniska Soszów, które mną tak w 2013 roku wstrząnęło, żeby zobaczyć, czy zaszły jakieś zmiany – i tak! Dziewczęta uśmiechnięte, zadowolone z życia, radosne, kawa gorąca, wręcz ekspresowa, cukier dostępny, prąd chyba również. Odnoszę wrażenie, że kryzys się skończył. Ba! Można było nawet zażyczyć mleka z cycka do kawy, bo jakaś turystyczna mamusia siedziała i karmiła maluszka swojego. Aliści mleko nieopodatkowane i spod lady by było. W obliczu tych zmian nie pozostało mi nic innego, jak wypić tę czarną polewkę i ruszać dalej, kończyć swoje.

Od schroniska na Soszowie lodu nie było, zzułem raczki i popędziłem na Czantorię Wielką. Czantoria, możecie tego nie wiedzieć, została matką chrzestną jednej naszej suczki, którą urodziła nam Lady jak tylko wróciliśmy z Beskidów w 2013 roku. Suczka została Czantorią, o ile dobrze pamiętam, była bystrą, uroczą psinką o czarnej sierści i brązowych brwiach, poszła do dobrych ludzi spod Warszawy.

Na Czantorii nakręciłem film, który niniejszym załączam, trochę mnie poniosło, ale nie przejmuję się.

Schodząc z Czantorii natknąłem się na przerażające ozdoby świąteczne, można załapać niezły mental breakdown, jak się nie jest gotowym. A jak zobaczyłem czupakabrę, to zaś „uciekła mi dusa do piynty” jak mawiają co ładniejsze ślązaczki.

Okazało się, że Wielka Czantoria wciąż jest wielka i stroma i cieszyłem się, że schodzę tą drogą, a nie wspinam się, jak poprzednio. Generalnie, w mym głupkowato – podniosłym nastroju zczłapywałem chyżo ufając, że ostatnia górka, którą podle PTTK umieściło przed samym końcem trasy, nie będzie zbyt bolesna i wymagająca. Taaa… Dobre sobie. Dość napisać, że miałem lepsze o niej zdanie, ale okazało się, że jednak będę trochę pod tę górkę szedł. Tu już sporo innych człaponów, część brała udział w jakimś tajemniczym misterium wbiegania na górę i zbiegania z niej, po czym ponownie w górę i nazad w dół i tak do stu razy. No co kto lubi w sumie.

Pożarłem absolutnie najgorsze pierogi w życiu w restauracji na skręcie szlaku i zszedłem do Ustronia. Na trasie w dół niby nic, ale wyrżnąłem się jak długi, w iście matriksowym stylu: dysponując dzierżonymi w dłoniach kijkami usiłowałem zmienić wektor ataku z wertykalnego na horyzontalny, co zaowocowało niezłym upadkiem slow motion. I przepukliną, która się właśnie wówczas radośnie objawiła. Niezłe buty.

I tak stał się koniec. Doszedłem do punktu zero. Malowniczo położonego zresztą na postoju taksówek za dworcem. Myśl taka stanęła mi w głowie, czy naprawdę nie stać nas, Polaków, na jakieś lepsze początki i końce? Bo na kùńcu czerwonegò szlachù chwôt mnie wziônł taki chichôt, że jaż mie w brzuchu zabòleło.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Leave a Reply